Trochę, to może za mało powiedziane. Zaczęło się to bowiem już w latach 80-tych. Jako dzielny uczeń szkoły podstawowej uwielbiałem kiedy rodzice zabierali mnie do sklepu spożywczego "Społem" jaki mieścił się w budynku na rogu Grójeckiej i Wawelskiej w Warszawie. Dzisiaj też jest tam sklep ale to już nie to samo.
Pamiętam jak by to było wczoraj, wchodzimy do sklepu, stajemy w kolejce i rodzice kupują kawę. Ponieważ jednak nie posiadaliśmy wówczas w domu młynka rodzice prosili o jej zmielenie. Ekspedientka rozcinała opakowanie wsypywała kawę i mieliła do zaczepionej u wylotu młynka torebki. Zapach jaki rozprzestrzeniał sie po sklepie był boski! tym bardziej że prawie wszyscy stali aby kupić kawę więc co chwila odurzały nas nowe aromaty. Potem szybko wracaliśmy do domu gdzie błagałem rodziców o ponowne otwarcie opakowania kawy. Z rozanieloną miną wsadzałem nos do torebki i wdychałem aromat czarnego proszku. Tak było, Mama może potwierdzić!
Ten zapach został ze mną do dzisiaj. I twierdzę że jest to jeden z najpiękniejszych zapachów na świecie.
Potem były studia i szał kawiarni "Pożegnanie z Afryką". Pierwsza kawowa książka "Królestwo kawy" Iana Thorna.
Skoro to był przewodnik konesera to odwiedzałem kawiarnie zamawiałem kawę jaką opisywał Autor i sprawdzałem czy rzeczywiscie wyczuwam kwasowość, goryczkę i słodycz i jak do cholery wyczuć to jakieś "body"? Nałogowym "pijaczem" jednak nie zostałem, nadal tylko próbowałem od czasu do czasu i dlatego kiedy opowiadałem później żonie o kawie i jej cudowności patrzyła na mnie wątpiącym spojrzeniem.
Druga anegdota kawowa w moim życiu związana jest właśnie z najlepszą z Żon i wyprawą do Włoch. Tak naprawdę dowiedziałem się o tym jakiś czas po powrocie. Podobno, jak sama to wspomina, miała mnie trochę za szaleńca który wciąż gada o kawie a wcale jej nie pije. Ona za to wypijała po 2 - 3 kawy dziennie. Cóż wybrała wariata na męża to musi cierpieć. Jednak w momencie gdy moje stopy dotknęły włoskiej ziemi, coś się odmieniło. Otóz regularnie zacząłem towarzyszyć żonie w opróżnianiu 2 filiznek kawy dziennie. Trwało to do czasu kiedy moje stopy ponownie dotknęły polskiej ziemi. Znów się coś odmieniło i znów więcej gadałem niż pijałem. Wtedy stwierdziła że jednak to chyba jest moja pasja.
Kolejnym etapem były targi World Cup zorganizowane przez czasopismo World Coffee and Tea trade journal w Genewie 2007 roku. Uczestniczyłem tam w kilku szkoleniach. i wtedy odkryłem że naprawdę to lubię. I tutaj kolejna anegdota. Podczas szkolenia sensorycznego z espresso które prowadził Luigi Odello*, mieliśmy po serii wykładów test sprawdzający. Dostawaliśmy kawę w filiżnkach i mieliśmy na podstawie oceny wizualnej i sensorycznej określić czy była to 100% Arabica, 100% Robusta czy mieszanka obu. Obejrzałem, powąchałem, spróbowałem i wpisałem przy pierwszej filiżance 100% Arabica. Kiedy testowanie się zakończyło usłyszałem pytanie sąsiada z tyłu (oczywiście po angielsku, poniżej tłumaczenie):
sąsiad: Jak masz przy pierwszej filiżance?
ja: Arabika 100%
sasiad: Nieee, to nie może byc Arabika, mam palarnię kawy w Stanach i znam tę kawę, to na pewno Robusta!
ja: ( przełknałem ślinę i pomyślałem że chyba się do tego nie nadaję )
Prowadzący zaczał odczytywać wyniki:
trener: First cup was ... 100% ARABICA!
W sumie to nie pamietam ile miałem poprawnych, ale pamiętam że ta pierwsza filiżanka przywróciła mi pewność siebie i skłoniła do podjęcia decyzji. O tym jednak w kolejnym poście